• Włosko-szwajcarskie intensywności

    Autor:   |   20 października, 2014 Komentują 0

    Krótka wymiana wiadomości:

    eM: Masz jakieś plany na weekend za dwa tygodnie?

    A: Nie… Jeszcze nie

    eM: To widzimy się za dwa tygodnie w Mediolanie, właśnie kupiłem bilety.

    A: No to świetnie!

         Szybko, intensywnie, w biegu – takimi określeniami można opisać ten wyjazd. Jeden   z niewielu, gdzie panował totalny brak organizacji. Może dlatego długo będę ten wyjazd wspominał z sentymentem. A czym to było spowodowane? Wstyd się trochę przyznać, ale to był horoskop, który znalazłem przez przypadek w jednej z gazet: (..) Przestań planować, postaw na spontaniczność! (…). Nie bardzo w takie rzeczy wierzę, ale od dłuższego czasu miałem sporo na głowie, więc stwierdziłem, że mogę dać ponieść się spontaniczności. I tak bez planu i wizji wyjazdu wsiadłem do autobusu na lotnisko.

         Autobus na lotnisko, lot (jak zawsze z masą wrzeszczących dzieciaków – takie moje wrodzone szczęście do nich), znowu do autobusu i Milano Centrale wita. Szybkie odnalezienie uśmiechniętej, przyjacielskiej twarzy wśród gęstego tłumu, serdeczne przywitanie i w drogę.

    Tak też zaczyna się Nasza wycieczka. Wieczór dość późny, więc szybko udaliśmy się do hostelu. Nie zastanawialiśmy się zbyt długo, aby wyruszyć na miasto. W dobrze znanym miejscu i miłej atmosferze pojawił się pewien pomysł, a impulsem była tapeta na pulpicie osobistego komputera.

    – Hmm… kojarzysz te kolorowe domki w skałach w okolicy La Spezia? Zawsze chciałem mieć takie własne zdjęcia stamtąd. No to co z samego rana do Cinque Terra!

    I kupiliśmy bilety do Monterosso. Podróż mija miło i przyjemnie bez obawy, co będzie dalej. Czas wysiadać i już na stacji pojawił się pierwszy „problem”. Gdzie zostawić bagaże? Niestety, takie coś, jak przechowalnia bagażu nie istnieje, a przecież to nie koniec wycieczki. No niestety, trzeba dźwigać w upale swój cały dobytek podziwiając, na całe szczęście, wspaniałe widoki, którymi dzielimy się z Wami.

    IMG_4327IMG_4297IMG_4306IMG_4300IMG_4324

                Wędrówka ze swoim małym tobołkiem, który z minuty na minutę stawał się coraz cięższy, spowodowała, że sił wystarczyło, aby dotrzeć jedynie do miejscowości Vernazza. Wtedy też pojawiła się chwila na błogi i zasłużony odpoczynek, a i na kąpiel w morzu był czas. Orzeźwiająca morska woda zdziałała cuda, a jak wiadomo po takich uciechach, zawsze przychodzi chęć na małe co nieco.

    IMG_4332IMG_4339IMG_4350IMG_4357IMG_4363IMG_4371IMG_4378

               Niestety, jak się okazało, zjadłem najgorszą lasagnę w życiu. Nawet moja własna autorska, zrobiona kilkanaście lat temu, nie była tak fatalna.

         – Hmm… ale na szczęści dalej było spokojniej: pływanie, opalanie. Jednak to tylko cisza przed burzą. Musiało przecież wydarzyć się coś „ciekawego”. Długo nie musieliśmy na to czekać. No właśnie. Pocałowaliśmy klamkę pociągu do Mediolanu. Nic w tym strasznego gdyby nie fakt, że to był ostatni bezpośredni pociąg. Czas na kombinacje! Pociąg do          La Spezia, kolejny do Genui, a stamtąd już tylko do Mediolanu. Wszystko byłoby cudownie, ale wieczorem mieliśmy już być w Szwajcarii. No trudno, jakoś to dało się przeboleć. Późna godzina nie była jedynym problemem. Złośliwość rzeczy martwych – oba telefony padły, więc nici z rezerwacji jakiegoś nieplanowanego noclegu w Mediolanie. Po przyjeździe został nam tylko spacer od recepcji do recepcji, by znaleźć coś, żeby się przespać.

            Wczesnym rankiem czekała Nas pobudka i w drogę, chwila moment i byliśmy już     w pociągu. Docieramy do szwajcarskiego Lugano, a tam: góry, jezioro, słońce, istna sielanka… coś się chyba znowu stało… Nastał spokój?

    IMG_4421IMG_4397IMG_4404

    IMG_4406

    A i ślimaki giganty znalazły swoje miejsce na Ziemi.IMG_4408IMG_4427IMG_4431IMG_4442IMG_4463

          Odprężenie i relaks nie trwał za długo. W duszy i ciele odezwał się młodzieńczy zryw wolności i szaleństwa. Pojawiła się propozycja wyjazdu na imprezę do hmm… jakby to powiedzieć…? Mediolanu. Wspomnienie młodzieńczych lat zwyciężyło i pojechaliśmy.

          Finał tej historii był taki, że (bez nawet minuty snu) znalazłem się w samolocie powrotnym do domu.

    Jakiś morał z tej podróży?

    – Nasuwa mi się tylko jeden: Nie ufać horoskopom!

    Do zobaczenia wkrótce!                                                                                                                  eM

     

    TAGI: , , ,