• RELACJE: Jak najprościej wrócić z Majorki? Oczywiście, że przez Oslo!(cz.1)

    Autor:   |   12 czerwca, 2011 Komentują 1
    Prawdziwa włoska pizza

    Od dłuższego czasu zbierałem się wraz ze znajomymi, by znaleźć jakiś tani lot i zobaczyć trochę świata. Regularnie przesiadywaliśmy godzinami na stronach Ryanaira, wyszukując ciekawych połączeń. Nagle, pewnego pięknego wieczoru, odebrałem telefon, a w nim usłyszałem pełne entuzjazmu słowa: „są, są tanie bilety do Mediolanu, Bergamo, za 48 zł. W dwie strony, musimy je kupić!”.


    Tak zakupiliśmy pierwsze bilety. Po raz kolejny spotkaliśmy się w tym samym gronie po Świętach Bożego Narodzenia. Znudzeni po wykładzie, zajęliśmy jedno ze stanowisk przed komputerem w naszym instytucie. Przypadkowo (;)) włączyliśmy stronkę Ryanaira. Po chwili znaleźliśmy połączenie z Bergamo do Barcelony (El Prat) za 5 Euro. Nie ukrywam, że gdy to zobaczyłem, wszystko było dla mnie jasne – LECIMY DO BARCELONY. Dalej wszystko potoczyło się już błyskawicznie. Kolejny tani lot (10 Euro w dwie strony) z Barcelony na Majorkę.

     

    Potem przyszło otrzeźwienie. Co z naszym powrotem z Mediolanu do Krakowa? Podjęcie kolejnej decyzji było jeszcze łatwiejsze. Odpuszczamy powrót z Mediolanu i zostajemy 5 dni na Majorce. Nikt nie myślał wtedy o pieniądzach czy zaczynającym się drugim semestrze. Najważniejsze było to, by wrócić w miarę tanio do Polski na początku marca. Szczęście nam sprzyjało. Znaleźliśmy kolejne tanie bilety, tym razem z Barcelony do Oslo oraz z Oslo do Krakowa (20 Euro). Wszystko składało się w jedną całość do momentu, gdy doszliśmy do punktu – noclegi. Jak my to zrobimy? Zbankrutujemy!

    Wykupiliśmy 2 noclegi w Mediolanie oraz 4 na Majorce. O Barcelonę się nie martwiliśmy, przecież tam jest ciepło. Dwie noce na lotnisku to nie problem. Oslo? Wytrzymamy! Będziemy po pobycie w Barcelonie i na Majorce. Oslo to będzie wisienka na torcie. Nie wszystko okazało się takie proste, ale o tym później.


    Wszyscy wyczekiwali 16.02 z niecierpliwością. Sesja zaliczona, pora ruszać w nieznane. Szybka odprawa w Balicach, sprawny boarding i jesteśmy już w powietrzu.

    Lot trwał dwie godziny, bez najmniejszych problemów wylądowaliśmy w Bergamo. Do Mediolanu najłatwiej dojechać specjalnymi autobusami, które stoją przed terminalem. Firmy przewozowe często proponują promocję 2+1 gratis (opłata 20 Euro za dwie osoby, trzecia osoba gratis). W ten sposób dojazd do Mediolanu kosztował nas niespełna 7 Euro. Wysiadamy, pierwsza myśl – jesteśmy w Mediolanie! (Szkoda, że nie jesteśmy też w tap madl.) Mapka pokazuje, że przystanek, z którego autobus zabierze nas bezpośrednio pod hostel znajduje się w miejscu gdzie stoimy. Nieprawda! Do znalezienia kogoś kto mówi po angielsku potrzebowaliśmy około 30 minut ;). W końcu, po krótkiej pogawędce z szykownymi paniami, lądujemy w metrze. Po drobnych problemach docieramy do hostelu.

    Pan, po angielsku (właściwie to był  to włoskoangielski), wytłumaczył nam, że zaistniała pomyłka i dostaniemy pokój z dwoma łóżkami (była nas  trójka). Po krótkiej wymianie zdań dostaliśmy zniżkę, która, jak się później okazało, uratowała naszą podróż. Łóżka były bardzo duże, dlatego summa summarum szybko zapomnieliśmy o zaistniałej sytuacji. Jeszcze tylko gra w marynarza, by rozstrzygnąć, kto z kim śpi i ruszyliśmy na miasto!

    Przed wszystkim udaliśmy się jeszcze do sklepu po coś do jedzenia i do picia. Po 20 minutach odeszliśmy od kasy z pełnymi siatkami, po czym po raz kolejny pokazałem wszystkim, jak bardzo jestem roztrzepany. Nie zważając na ogromny napis Uscita (Wyjście), wyszedłem bocznymi drzwiami. Alarm przeciwwłamaniowy radośnie wypełnił całą przestrzeń sklepu. Wiedziałem, co może mnie uratować – uśmiech! Uśmiechnąłem się tak jak nigdy wcześniej. Do tego dorzuciłem moje włosko-francusko-angielskie: „sorry, moi, je ne parli italiano”. Ochroniarz nie odpowiedział nic tylko się uśmiechnął i otworzył nam drzwi. Po krótkiej przeprawie metrem dotarliśmy pod Katedrę Duomo. Ta przepiękna gotycka katedra zrobiła na nas takie wrażenie, że w mgnieniu oka wyciągneliśmy aparat i robiliśmy zdjęcia w każdej możliwej pozycji. Później przespacerowaliśmy się po Galerii Wiktora Emmanuela, by na koniec zobaczyć legendarny już Teatr La Scala. Dzień pierwszy w Mediolanie dobiegł końca. Po całym dniu pełnym emocji, udaliśmy się do hostelu spać.

    Dzień drugi zaczęliśmy iście we francuskim stylu. Croissant, kubeczek jogurtu oraz herbata i już byliśmy gotowi na kolejny dzień pełen zmagań. Na początek udaliśmy się znów pod Katedrę Duomo. Jej wygląd wewnątrz wywarł na nas duże wrażenie, ale to co zobaczyliśmy z jej dachu, dosłownie zaparło nam dech w piersiach. Wejście po schodach kosztowało nas 8 Euro. Jest też wersja dla leniwych- przejazd windą to wydatek rzędu 10 Euro. Następnie postanowiliśmy zobaczyć Zamek Sforzów, kolejną perełkę Mediolanu. Zamek otaczają królewskie ogrody, gdzie można napotkać mini sceny, na których ludzie odgrywają przeróżne przedstawienia.

    Będąc w Mediolanie nie można nie zjeść prawdziwej włoskiej pizzy. Szczerze muszę przyznać, że pizza którą zjedliśmy w małym włoskim bistro, była najlepszą pizzą jaką jedliśmy w życiu.

    Wieczorem chcieliśmy poznać tę weselszą, rozrywkową część Mediolanu. W dobrych humorach udaliśmy się do dzielnicy, którą nazywają mediolańską Wenecją. Niestety, lekko się rozczarowaliśmy. O ile tamtejsze uliczki były bardzo urokliwe, to kluby nie zrobiły na nas wrażenia. Może dlatego, że ceny nie były na naszą kieszeń, a może dlatego, że myślami byliśmy już w Barcelonie?

    Ostatni nasz poranek w Mediolanie spędziliśmy w muzeach: Historii Naturalnej oraz Nauki i Technologii. Niestety, z tego drugiego, można powiedzieć, zostaliśmy wyrzuceni. Wszystkim nie podobało się, że chcemy zwiedzać o tej samej porze co pewna wycieczka szkolna. Na koniec pobytu zostawiliśmy sobie zwiedzanie stadionu San Siro. Tak jak wszędzie nie zabrakło polskich akcentów. Obok napisu San Siro wypatrzyliśmy naklejkę Jagiellonii Białystok. Tak, my Polacy potrafimy wiele. Z lekką nutą nostalgii, ale szczęśliwi, że nasz pobyt się jeszcze nie kończy udaliśmy się do Bergamo. A w Bergamo działo się sporo. Mieliśmy parę godzin, więc postanowiliśmy poznać to niesłychanie urokliwe miasteczko. Starsza część miasteczka, która znajduje się na wzgórzu, sprawiła, że przez chwilę czułem się jak zakochany Werter. Spacerując po niezliczonej ilości średniowiecznych uliczek, wydawało mi się, jakby czas stanął w miejscu.

    Niestety, czas odlotu zbliżał się wielkimi krokami. Bezpośrednio na lotnisko dostaliśmy się autobusem komunikacji miejskiej (2 Euro). Z lekkim opóźnieniem, około godziny 21, wylecieliśmy do Barcelony.

    A co wydarzyło się na hiszpańskiej i norweskiej ziemi napiszę w kolejnej części relacji.

    Zapraszam do czytania!

    TAGI: , ,
    • kania

      och i ach, z zpartym tchem w piersiach wyczekuje kolejnej czesci!