• RELACJE: Pierwszy raz pod palmami

    Autor:   |   6 marca, 2011 Komentują 0
    Miasto Sztuki i Nauki
    Miasto Sztuki i Nauki w Walencji

    Propozycje, żeby gdzieś w końcu pojechać pojawiały się w towarzystwie od dawna. Zawsze jednak brakowało kasy, albo samozaparcia, albo czasu. W końcu listopada gruchnęła wieść – są bilety za 20 zł do Hiszpanii! No i decyzja zapadła, lecimy!

    Mandarynki na ulicach

    Na wstępie muszę dodać, że nigdy wcześniej nie latałem, tym bardziej propozycja kusiła, powodując zarazem dreszczyk emocji – jak to jest tam, w chmurach?

    W związku z brakiem nadmiarowej kasy wykupiliśmy bilety tak, by wrócić jak najszybciej. Dodatkowo nie bardzo wiedzieliśmy, jaka będzie pogoda, bo podróż miała odbyć się między 1. a 4. lutego. Utrudnieniem był fakt, że z Krakowa Ryanair nie oferował takich ofert, trzeba było dojechać do Wrocławia. Tuż po południu wsiedliśmy zatem w Interregio (przypominam, że wyjazd był skrajnie budżetowy) i ruszyliśmy na Dolny Śląsk. Całe szczęście wyjechaliśmy wcześniej, bo nie obyło się bez „planowego opóźnienia”, które wyniosło prawie godzinę. Ale 20-stopniowy mróz może być jakimś wytłumaczeniem. Do Wrocławia dojechaliśmy zdecydowanie później niż planowaliśmy, więc jak najszybciej postanowiliśmy przenieść się na Strachowice. Umożliwił to autobus miejski, a sama podróż trwała chyba wieki…

    Widok z okna Interregio do Wrocławia

    Pierwsze wrażenie po wejściu do samolotu – zapach. A w zasadzie ta charakterystyczna woń, trochę basenowa, trochę… inna 😉 Chwila emocji przy rozpędzaniu się na pasie i już byliśmy w powietrzu. Wreszcie. Stewardesy rozpoczęły akwizycję, która trwała niemal przez całą podróż, a ja zachwycony wyglądałem przez okienko (jak to, ono jest z plastiku?!). Co prawda ziemi nie widziałem z powodu dużego zachmurzenia, ale księżyc, stroboskopy i podświetlony winglet wystarczyły, by wywrzeć wrażenie. Po godzinie zniknęły chmury, a oczom ukazał się przepiękny widok. To było włoskie, a może francuskie wybrzeże. Coś wspaniałego. Potem tylko lśniąca tafla Morza Śródziemnego z maleńkimi punkcikami statków, a potem znów światła – Majorka i Ibiza. Wszystko przepiękne, jak narysowane – autostrady z węzłami, miasta, uliczki… Po chwili lądowanie. I znów zaskoczenie, że to takie łagodne. Znaleźliśmy się w Alicante.

    Włoskie, a może francuskie wybrzeże zza szybki samolotu...

    Postanowiliśmy czym prędzej odebrać z wypożyczalni zarezerwowany wcześniej samochód, gdyż zbliżała się godzina zamknięcia (było po 23.). I okazało się, że z naszej rezerwacji nici. Dobry turysta to świadomy turysta. Należało mieć wypukłą kartę kredytową, czego nie doczytaliśmy… Pani z wypożyczalni próbowała nam pomóc przepytując koleżanki z innych firm, niestety, wszędzie wymóg był ten sam. Może jeszcze w kwestii wyjaśnienia – samochód był najtańszą opcją podróżowania, dzień wynajmu forda focusa kosztował niecałe 10€. No ale nici z tego, czekała nas noc na lotnisku, bo ostatni autobus do miasta odjechał chwilę wcześniej… Wyszliśmy przed terminal (wielki, nowoczesny) i stanąłem jak zaczarowany – paaalmyyy! Wiadomo, pierwszy raz na Południu, to musi robić wrażenie.

    Rano, po dość wygodnej nocy w lotniskowej poczekalni, okazało się, że jednak uda się wynająć auto za gotówkę. Ruszyliśmy do celu podróży – do Walencji. Dzięki uprzejmości znajomego tam mieszkającego, mieliśmy noclegi za darmo, co uratowało nas finansowo (dzięki, Filip!). Droga – doskonała, dwupasmowa ekspresówka. 180 km pokonaliśmy bezproblemowo, witając po drodze wschodzące słońce, mijając miasteczka, liczne zamki i budowaną linię szybkiej kolei AVE.

    Wschód słońca za oknem auta

    Walencja jest zachwycająca. Miasto ma ponad 800 tys. mieszkańców, natomiast nie czuje się tego prawie wcale. Może poza tym, że kompletnie nie ma gdzie parkować. Oczywiście miejscowi absolutnie nie mówią po angielsku, nikt też nie potrafił nam wskazać, gdzie znajduje się ulica, której szukaliśmy, więc krążyliśmy z godzinę po mieście. Okazało się, że jest ona tuż przy Mesalii (stadionie Valencii), w samym centrum miasta, ale cóż, Hiszpanie bywają ignorantami 😉

    Plaża w Walencji

    Nie będę się rozpisywał o kolejnych dniach, które tam spędziliśmy, gdyż zajęłoby to zbyt wiele miejsca. Natomiast zdecydowanie polecam KAŻDEMU. Mandarynki i pomarańcze na drzewach przy drogach, ultranowoczesna architektura (m.in. politechnika, Miasto Sztuki i Nauki, Oceanarium). Stare miasto, Plac Ratuszowy, katedra, Muzeum Bożego Ciała z niezwykłymi figurami używanymi od wieków w procesjach, port, w którym odbywają się wyścigi Formuły 1, plaża, stare dzielnice portowe – to miejsca, które trzeba odwiedzić. I tylko niektóre z obowiązkowych. A wszystko skąpane w słońcu. Temperatura – prawie plus 20 stopni. A były to pierwsze dni lutego! Ostatniego dnia pobytu co prawda rozpadało się, zrobiło się też zimniej, ale podczas pobytu szczęście mieliśmy niesłychane. Muszę przyznać, że pojechaliśmy tam kompletnie bez przekonania, trochę „w ciemno”, a wróciliśmy do Polski zakochani w mieście.

    Palmy i słońce, i +20 stopni!

    Miasto Sztuki i Nauki - miejsce nie z tej ziemi...

    Jako że baliśmy się spóźnić na samolot, z Walencji wyjechaliśmy z żalem około południa. Chwilę zajęło nam wyjechanie z miasta, z powodu problemów z mapą („bo była źle zorientowana”). Dość szybko dojechaliśmy do Alicante, a w związku z tym, że mieliśmy jeszcze sporo czasu, postanowiliśmy pozwiedzać, a w zasadzie pospacerować wzdłuż plaży. Alicante jest popularnym miejscem letniskowym i w zasadzie plaża jest jego największą atrakcją. Oczywiście, można wymienić jeszcze Zamek Św. Barbary czy stare miasto, ale generalnie zapamiętałem głównie hotele w stylu prawie że gierkowskim.

    Marina w Alicante

    Stare przysłowie mówi, że Polaka spotkasz wszędzie, nam też się udało na spacerze przy porcie. Pomogliśmy biedakowi, podwożąc go na lotnisko.

    Costa Blanca pożegnała nas pięknym słońcem i doskonałą widocznością z powietrza, co nie trwało jednak długo, gdyż szybko pojawiły się chmury. I pierwsze w życiu turbulencje! Dało się jednak przeżyć. Wypatrywanie całą drogę przez okno tym razem nie zostało wynagrodzone, do samego Wrocławia chmury zasłaniały wszystko. Lądowanie. Trochę twardsze niż w Alicante. Wyjście z samolotu – śnieg! Mróz. O Boże, wracamy! I ten malutki dworzec w Strachowicach… Przygnębienie trwało kilka dni po powrocie do Krakowa. Z czasem jednak minęło. A już niedługo znowu Hiszpania! Tym razem Andaluzja i Gibraltar.

    Relacja wkrótce na Darmolocie!

    Do zobaczenia, Hiszpanio!

    Data wyjazdu: 1-4.02.2010r.

    Podsumowanie kosztów (na osobę):

    Bilety kolejowe 46 zł (studenckie)
    Bilety lotnicze 40 zł
    Wypożyczenie samochodu ok. 120 zł (z paliwem)
    Ubezpieczenie ok. 20 zł
    Jedzenie, napoje :), bilety ok. 180 zł
    SUMA ok. 406 zł

     

    TAGI: , , ,